SELAMAT JALAN

„Szczęśliwej drogi już czas, mapę życia w sercu masz…”
Tak… Na naszą mapę życia i w nasze serca wpisało się kolejne miejsce – Weluli, Timor, Indonezja. Ledwo co wyjechałyśmy, żeby przy okazji bycia na drugim końcu świata przez moment odpocząć w najbardziej znanym z indonezyjskich kurortów, czyli wyspie Bali, a już tęsknimy… Za miejscem? Tak, ale zdecydowanie bardziej za ludźmi, których tam poznałyśmy. Dziewczyny, które przygotowują się do wstąpienia do zgromadzenia Sióstr Klaretynek, płakały w trakcie pożegnania. Podczas ostatniego wspólnego wieczoru nam również lekko spociły się oczy i szczęka opadła z wrażenia, kiedy s. Lucy w imieniu wszystkich dziękowała za nasz przyjazd i obecność, stwierdzając że przyjechałyśmy jako dwie dziewczyny, pragnące przeprowadzić projekt na temat higieny jamy ustnej, a wyjeżdżamy jako część ich rodziny. Zaskakującym jest odkrycie, że do stworzenia więzi z drugim człowiekiem, wcale nie potrzeba wielu słów, bo poza paroma wyrazami nie opanowałyśmy jeszcze indonezyjskiego, wystarczy spojrzenie, uśmiech, bliskość – wystarczy po prostu być…
Jak minęły nam te ostatnie dni w Weluli, na Timorze? Szybko i intensywnie. Można by nawet powiedzieć, że zbyt szybko… W tym czasie zgłębiałyśmy tajniki indonezyjskiej kuchni, ucząc się jak przygotować takie przysmaki jak pisang goreng (smażone banany w cieście), tempe (smażone plastry soi) czy lombok (chili). Jednak nie chciałyśmy, żeby poznawanie innych smaków było tylko jednostronne, w związku z czym jednego dnia przygotowałyśmy obiad i kolacje w stylu polskim. Obiad składał się tradycyjnie z dwóch dań. Z zup wybrałyśmy barszczyk z uszkami z farszem grzybowym, a na drugie danie zrobiłyśmy kotlety z piersi z kurczaka, ziemniaki pure’ oraz surówkę z marchewki i jabłka. Oczywiście do tego i tak musiał być dogotowany ryż, bo kto to słyszał o posiłku bez ryżu… Natomiast na kolację podałyśmy do stołu krokiety z żółtym serem i szynką oraz pancake z bitą śmietaną i białą czekoladą, posypane wiórkami czekoladowymi. Ale największą furorę zrobił przygotowany przez nas sok – smoothie ze świeżej papai, banana i wody kokosowej z kawałkami kokosa i kostkami lodu. W Polsce taka dawka witamin byłaby niemiłosiernie drogocenna. Tutaj preferuje się raczej słodkie wersje napojów, więc dziewczyny z wykrzywionymi minami sięgały po następne łyki naszego wymysłu, szepcząc pod nosem: kita berdoa (módlmy się) i dosypując kolejne łyżki cukru i skondensowanego mleka. Cóż… Widocznie był to dla nich zbyt duży przeskok smakowy.
Oprócz doznań dla podniebienia przygotowałyśmy również inne atrakcje. W Indonezji jest taki zwyczaj, że na początku każdej imprezy tańczy się tzw. polines. Dlatego pokazałyśmy dziewczynom pierwowzór ich tańca, czyli naszego poloneza, a dodatkowo nauczyłyśmy je także belgijki. My również podszkoliłyśmy się trochę w indonezyjskim tupaniu. Tańce takie jak TEBE, TOMBAK czy PENGUINE DANSE już nie brzmią dla nas tak obco jak na początku. Ich znajomość okazała się niezwykle przydatna na imprezie z okazji prymicji klaretyna o. Kristoforusa, którego poznałyśmy, jeszcze jako diakona, naszego pierwszego wieczoru na Timorze w Oebelo k. Kupang. Pomijając uroczystą Mszę, tradycyjną masę przemówień i jedzenie na kolanach na plastikowym krześle, nie było nam dane zbyt długo posiedzieć. Jak już weszłyśmy na „parkiet”, to ciężko nam było usiąść z powrotem, bo wszyscy chcieli, żebyśmy się z nimi bawiły i żebyśmy jeszcze tu wróciły…
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s